„W górach jest wszystko co kocham/ I wszystkie wiersze są w bukach/ I zawsze kiedy tam wracam/ Biorą mnie klony za wnuka” – słowa tej piosenki znanej wszystkim miłośnikom gór brzmiały mi w uszach już w latach siedemdziesiątych minionego wieku.

Jako licealista przemierzałem ze szkolnym kolegą Januszem ukochane Beskidy, Pieniny, z czasem Tatry. Tam po raz pierwszy poznałem lęk przed śmiercią, która zawsze związana jest z górami, kiedy zawisłem nad przepaścią na Orlej Perci, trzymając się rozpaczliwie oblodzonego łańcucha. Już wtedy poznałem wartość międzyludzkich więzów, kolega pomógł przywrócić świat do właściwego porządku.

Kto kiedykolwiek z własnego przekonania wziął na plecy „komin” (plecak stelażowy) zapakowany do oporu, tj. jakieś ponad 20 kg, i przeszedł tydzień górami, nie żałując, ten wie, o czym mówię. A i jeszcze nocleg w różnych miejscach, w opuszczonym szałasie, w namiocie, w kosówce, u górali, w schronisku na stole lub na podłodze… I ci taternicy, którzy przed piąta rano budzili w przedsionku schroniska, gdzie nocowałem na stole, bo szli na Mięguszowiecki, pod Rysy, na Mnicha. Więc wstawać i… w drogę.
Potem były lata, w których gór było mniej, ale nigdy nie wyleczyłem się z tej miłości…
Rozpoczęta wyżej piosenka wyjaśnia dlaczego:
„Zawsze kiedy tam wracam
Siadam na ławce z księżycem
I szumią brzóz kropidła
Dalekie miasta są niczym”.
Coś w tym jest, że góry pozwalają nabrać dystansu do siebie, do „ważnych spraw”, do nieprzekraczalnych terminów i „wyścigu szczurów”. Tam nabywa się wewnętrznego przekonania, że góry ma się w żyłach, w sercu, w życiorysie:
„Ja się tam urodziłem w piśmie
Ja wszystko górom zapisałem czarnym
I jeden znam tylko Synaj
Na lasce z jałowca wsparty”.
Po drodze odkryłem Sudety, nie tylko Śnieżkę, choć potrafi być dzika i zmrozić swoim oddechem, nie tylko przeciążone turystami Błędne Skały i Góry Stołowe, nie tylko Śnieżnik, który najbardziej osobiście odkryłem w ostatnich latach, ale różne mniejsze lub
większe skałki, kopczyki i górki. Nie zabrakło kilku wypadów na Ślężę, tę śląską, wyrastającą na płaskowyżu gór(k)ę. Były i Góry Świętokrzyskie z czarownicami, a także strome skały Wyżyny Krakowsko-Częstochowskiej. Wiatr, snująca się mgła, zapach żywicy, śpiew ptaka, to tylko posmaczek atmosfery gór, królestwa, w którym bliżej jest do Boga.
Nie mogę i nie chcę zapomnieć o słowackich szlakach, zwłaszcza o Wysokich Tatrach, a jeszcze bardziej o zapierających dech trasach Słowackiego Raju. Wyprawa w lutym na tamtejsze łańcuchy i drabinki (co dokumentują zdjęcia) pozostaje wspomnieniem niezatartym, wygrzanym potem w gorących źródłach.
Dziś mam swoje ulubione szlaki, ukochane zakątki, raz po raz odkrywam na nowo czeskie wypiętrzenia z niedalekim Pradziadem i pięknem okalających go łańcuchów i dolin. Na niektóre z nich zapraszam, przepraszając równocześnie, że najlepsze nawet zdjęcie nie odda ducha gór:
„I czerwień kalin jak cyrlica pisze
I na trombitach jesieni głosi bór
Że jedna jest tylko mądrość
Dzieło zdjęte z gór”.
Tej mądrości zamierzam się nadal uczyć. Więc zapraszam do wędrówki tradycyjnym „do spotkania na szlaku”!